Ludzie z pasją: samotnie na wschód i… jeszcze dalej

„Ludzie z Pasją” to cykl artykułów, w ramach którego piszemy o tym, czym pracownicy Asseco zajmują się po godzinach pracy. Latasz na paralotni? Grasz w zespole? Przejechałeś na rowerze całą Polskę? A może masz inne hobby, którym chciałbyś się pochwalić? Skrócony zapis rozmowy został opublikowany w intranecie firmy Asseco Poland S.A..


Włodek Kozłowski, Starszy Projektant z Bydgoszczy, na co dzień pracuje w Pionie Energetyki i Gazownictwa. Raz na jakiś czas lubi oderwać się od komputera i wybrać się „gdzieś”. Wędrował po Tatrach i Karpatach ukraińskich, był na Kaukazie, Kazbeku, zdobył najwyższy szczyt Uralu, przejechał Naddniestrze i Górski Karabach a ostatnio Karakałpację. A to wszystko, w większości, samotnie. Poznaj jego historię.

[Maria Winiarczyk] Wszystkie Twoje wyprawy to wyprawy na wschód. Dlaczego akurat ten kierunek?

[Włodzimierz Kozłowski] Szczerze mówiąc, to jedyny kierunek, który jest obecnie dla mnie ciekawy. Zachód jest nam bardzo bliski – geograficznie, mentalnie, gospodarczo, politycznie. Z każdym porozumiesz się po angielsku, wszędzie znajdziesz te same „makdonaldy”. A na wschodzie wszystko jest inne – kultura, język [rosyjski], ulice, oznakowania i… ludzie. Dlatego póki mam siłę, chcę przeżyć przygodę, wybrać się do miejsc, do których, w powszechnym mniemaniu, nikt nie jeździ. „Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja.”

A pamiętasz swoją pierwszą wyprawę?

Pamiętam, że już w wieku 13 lat brałem rower i wymykałem się z domu nic nikomu nie mówiąc. Miałem w kieszeni kserówkę wojskowej mapy topograficznej z wyrysowaną na niej trasą. Zresztą, szwendanie się było mi bliskie przez całe dzieciństwo – byłem i nadal jestem harcerzem, zawsze dużo wędrowałem. Potem przyszła praca, żona (wspaniała), dzieci (też wspaniałe) i w pewnym momencie poczułem, że się starzeję [śmiech]. Skoro w dolinach zrobiłem to co zrobić należało to odkurzyłem stary plecak, buty i wróciłem w Tatry. Po powrocie zacząłem myśleć i patrzeć dalej… I tak przyszły Gorgany latem, Czarnohora zimą, Kaukaz, Ural.

Czym się kierujesz wybierając cele kolejnych podróży?

Młodzieńcza (sic!) potrzeba odkrywania dla siebie, poszukiwanie granicy, przekraczanie możliwości. Pamiętam, że jedną z moich pierwszych wypraw była samotna podróż do Gruzji. Nie znałem języka, a panujące realia tylko z książek. Zrobiłem sobie dokładny plan, który finalnie przebiegł zupełnie inaczej niż to sobie obmyśliłem. Poszedłem w rejony północno-wschodniej Gruzji, do Tuszetii i Chewsuretii. Dotarłem do miejsc, które przez większą część roku, ze względu na ogromną ilość śniegu, w ogóle nie są dostępne. To był czerwiec a dopiero kilka dni wcześniej udrożniono przejazd przez przełęcz Abano więc pogranicznicy wracali do swoich posterunków. Zabrali mnie do wojskowej ciężarówki i przez następne kilka godzin siedziałem na stercie „kałachów” a kierowca wyglądał przez boczną szybę żeby zmieścić się na wąskiej górskiej drodze pnącej się serpentynami. Następnego dnia doszedłem do osady, której „pilnowało” przez zimę dosłownie kilka osób. Powiedzieli, że byłem pierwszą osobą, która dotarła do wsi w tym roku! Zgraja twardych kaukazkich mężczyzn w bajkowym otoczeniu z domieszką czaczy. Ich zdjęcie zawisło potem nad pianinem w salonie naszego mieszkania. Zostałem na noc w jednym z pustych jeszcze domów, do których właściciele jeszcze nie zdążyli wrócić.

Zawsze podróżujesz samotnie. Dlaczego?

Jak napisał Bartek Sabela w swojej książce „Będąc samemu, jest się siłą rzeczy znacznie bardziej otwartym na to, co na zewnątrz – ludzi, przygody, propozycje, okazje. Podróżując w kilka osób, zapewne tworzylibyśmy zamkniętą grupę”. Z tych słów utworzyłem albo raczej usprawiedliwiłem swój pomysł na podróżowanie.
Jechałem rowerem przez Armenię. Minąłem Czambarak. Nie było tam nic dla czego można było się zatrzymać. A chciałem się zatrzymać… Pojechałem więc dalej mozolnie pokonując przełęcz aż w końcu ujrzałem wody jeziora Sewan – armeńskiego „morza”. Bezpańskich psów było tu więcej niż ludzi i coraz mniej powietrza w zdartych oponach i przebitych dętkach. Zatrzymałem się kiedy ujrzałem pierwszych ludzi – dwoje mężczyzn grających w „nardy” w cieniu jakiejś szopy udającej daczę. Tak poznałem pułkownika. Tydzień później dotarłem do Erywania. W skromnym domu przy siódmej ulicy w dzielnicy Nork-Marasz w południe drzemaliśmy na jakiejś starej kanapie przed wejściem udającym werandę, jedliśmy winogrono które wycinaliśmy w ogrodzie (takie prawdziwe, lepsze rosną chyba tylko w Mołdawii) i popijaliśmy kolejną kawą lub herbatą z „urc” zebranego przez Zarę w górach sewańskich. A potem włóczyliśmy się po stolicy starym „żiguli” spotykając się bez potrzeby z ludźmi i załatwiając dziesiątki spraw bez znaczenia. A on każdego dnia opowiadał coraz więcej i otwierał kolejne drzwi. O tym jak ubili czterech „jebanych Turków” na dwa tygodnie przed rozdaniem dyplomów z medycyny na moskiewskiej akademii, piętnastu latach więzień w całej Rosji… – to dopiero początek jego historii.
Innym razem wędrowałem przez Ural, najpierw przez tajgę, potem tundrę. Złamałem rękę, było mnóstwo śniegu, gęsta mgła. Przysiadłem na chwilę na plecaku. I wtedy spotkałem człowieka, który był dyrektorem kopalni oddalonej o kilka dni marszu. Przejeżdżał swoim „trikołem”. Zaprosił mnie do siebie, rozmawialiśmy długo w noc. Rano usłyszałem tylko zdawkowe pożegnanie i trzaśnięcie drzwiami. Zostawił otwarty dom i wszystko co w nim miał, zobaczyliśmy się dopiero za tydzień.
Nie trafiłbym na żadnego z tych ludzi, gdybym podróżował w grupie. Samemu bardziej zdajesz się na siebie i na los.

Czy w tych samotnych podróżach były takie momenty, w których się bałeś?

Kiedyś – wtedy akurat wędrowałem z przyjacielem – spaliśmy w jakiejś czarnohorskiej szopie na Ukrainie. I w nocy coś nagle zaczęło łazić wokół niej, wyć. Zabarykadowaliśmy się, a ja wtedy pomyślałem: „co by było, gdybym był sam”? Innym razem na Uralu, gdy spałem w namiocie, wiało tak mocno, że bałem się że zwieje mnie i cały mój dobytek. Rano zauważyłem wokół ślady niedźwiedzia i przyznam, że zrobiło mi się trochę cieplej. Tak, często mam w sobie normalny, ludzki strach. I nie jest to nic złego dopóki jesteśmy nad nim w stanie panować.

A czy jest coś, co podczas tych podróży szczególnie Cię uderzyło? Jakaś sytuacja, wspomnienie?

To co uderza i co się zapamiętuje, to jest ogromna życzliwość. Wschód jest miejscem gdzie człowiek jest jeszcze ważniejszy niż numer jego karty kredytowej. Rosjanie, na przykład, mają bardzo zakorzenioną odrębność państwa i narodu, dlatego gdy rozmawia się o relacjach polsko-rosyjskich w kontekście politycznym wyczuwa się napięcie i brak zrozumienia, które kwituje się stwierdzeniem o politykach „durakach”. Choćby ze względu na, nazwijmy to delikatnie, inne nauczanie historii czy przekaz w państwowych mediach. Z drugiej strony, szczególnie w miejscach do których nie docierają klimatyzowane autokary z emerytami zza naszej zachodniej granicy, potrafią podzielić się wszystkim co mają, zostawić otwarty swój dom. Oczywiście relacje w tym „postsowieckim grajdole” są dużo bardziej skomplikowane więc albo trzeba długo o tym opowiadać albo… tego doświadczyć.

Masz jakieś plany na kolejną wyprawę?

Mam przygotowaną listę pomysłów wraz z opisami na tyle długą, że nie sądzę aby udało mi się je wszystkie zrealizować. W ogóle słowa „wyprawa” używam dość rzadko. Mam swoją własną gradację: wykapka, wędrówka i wyprawa, która zarezerwowana dla tych najmocniejszych. I nie chodzi tu o włóczenie się gdzieś na końcu świata, ale o dochodzenie i przekraczanie swoich granic.

Z tych najbliższych chciałbym przejechać rowerem Trakt Pamirski – piękna droga M41 w Górskim Badachszanie z przełęczami powyżej 4 tys. metrów albo wziąć pulki, czyli sanie, i przejść zimą zamarznięty Bajkał – to kilkaset kilometrów dobrej wędrówki. Syberię traktuję właśnie w kategorii wypraw stąd chciałbym kiedyś zimą przejść Góry Wierchojańskie. To najzimniejszy obszar na półkuli północnej – w styczniu średnia temperatur wynosi poniżej -40 st. C, pobliska – jak na warunki syberyjskie – wieś Ojmiakon nazywana jest biegunem zimna, w której zanotowano prawie -72 stopnie. Ale na liście jest też rowerowa pozycja „Śladami kapitana Żbika” – niesamowita historia polskiego komiksu. Jeden z rysowników serii – Jerzy Wróblewski – urodził się w moim rodzinnym Inowrocławiu a potem mieszkał i pracował w Bydgoszczy, w wieżowcu przy ul. (wówczas) Szerokiej 11 oddalonym 200 metrów od naszej nowej siedziby, nad Brdą… – może kiedyś spróbuję przypłynąć z domu do pracy kajakiem. Czasami wystarczy założyć buty i pobiec dwadzieścia kilometrów do Dźwierzchna – pobliskiej, niby niepozornej, a jak się okazuje jednej z najstarszych wsi w Polsce, w której już w X wieku chowano pierwszych biskupów kujawskich albo wziąć rower i pojechać do Wietrzychowic aby odkryć polskie piramidy, tysiąc lat starsze od tych egipskich.

Maria Winiarczyk
Specjalista ds. Komunikacji Wewnętrznej
Dział Personalny
Asseco Poland S.A.

Włodzimierz Kozłowski
Starszy Projektant
Dział Produkcji
Pion Energetyki i Gazownictwa
Asseco Poland S.A.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *