Podróż dookoła Morza Czarnego

Podaj dalej...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Subiektywny i wybiórczy opis wydarzeń z wrześniowej podróży dookoła Morza Czarnego. Dodatkowo pierwszy wpis na blogu, którego autorką jest kobieta. Zatem spóźnione obchody Dnia Kobiet @wedrownicy.org czas zacząć!

Turcja

Wczesny ranek, a właściwie jeszcze końcówka nocy. Między nogami przebiegają złotomiodowe dachowce, a ja z jeszcze przymkniętymi powiekami razem z moim towarzyszem Wojtkiem, wsłuchuję się w rozbrzmiewające nad głowami zawodzenie muezzina. Mimo, że jesteśmy po europejskiej stronie Bosforu wyczuwamy wschodni chaos. Klaksony taksówek, pokrzykiwania sklepikarzy oraz niezliczona ilość przechodniów trącająca nasze ospałe ciała przyczyniają się do ostatecznego wybudzenia. Po opanowaniu pierwszego szoku w końcu znajdujemy wyjście z hallu dworca autobusowego, gdzie momentalnie stajemy się “przyjaciółmi” każdego taksówkarza: “Taxi, taxi, my friend!?”.

Obieramy kurs na stację metra. Drogę wskazuje współtowarzysz autobusowej podróży. Chińczyk, takim mianem został ochrzczony samotny, filigranowy turysta, rzecz jasna w japonkach. Nasz chiński kolega w ułamek sekundy zmienił się w japońskiego studenta, który bezbłędnie z hollywoodzkim uśmiechem przeprowadził nas przez procedurę zakupu biletów i wyznaczył trasę do azjatyckiej części miasta. Mimo, że komunikacja miejska w tej olbrzymiej, wielomilionowej agromeracji jest świetnie rozwinięta to zakup specjalnej elektronicznej karty miejskiej graniczy z cudem, chyba że jest z nami Chińczyk, który jest japońskim studentem.

Zrzucamy ciężkie plecaki i biegniemy do miejsca gdzie dwa mosty i tysiące promów łączą Europę i Azję. Bosfor, jeden z najbardziej znanych symboli Stambułu, cieśnina łącząca Morze Czarne z Morzem Marmara oraz jeden z njruchliwszych szlaków wodnych na świecie. Przekraczamy cieśninę kilkakrotnie, a rejs po Bosforze ukazuje nam ogrom tureckiej metropolii. Z pozornego chaosu wyłania się doskonała organizacja, a podczas rejsu napawamy się widokami historycznego miasta. Park Gülhane z Pałacem Topkapi, Błękitny Meczet, Hagia Sofia, Most Galata, czy wiszący Most Bosforski to perełki w panoramie miasta, które wraz ze swoim otoczeniem tworzą niezapomniany widok. Po ekscytującym rejsie, wśród nawoływań do modlitwy płynących z minaretów, przechadzamy się po moście Galata, który zamyka Złoty Róg i podziwiamy fale Bosforu zza zwisających wędek dziesiątek wędkarzy.

Jak przystało na prawdziwych turystów obowiązkowo kierujemy się również do jednego z najstarszych centrów handlowych na świecie. Ścisk, nie ścisk, ale Kryty Bazar zobaczyć trzeba! Ciągnę zatem swojego kompana, nie zważając na jego lekko skwaszoną minę i napawam się widokiem mijanych pięknych i uśmiechniętych turczynek ubranych po kostki w barwne tkaniny oraz tych przepasanych tylko skrawkiem zwiewnego materiału. Zatłoczone labirynty uliczek wypełnionych orientalnymi towarami i aromatycznymi przyprawami, gwar rozmów i głosy kupców targujących się o jak najlepszą cenę oraz bliskowschodnia muzyka gdzieś w tle sprawiają, że Kryty Bazar, czyli Kapalı Çarşı jest miejscem magicznym i ekscytującym. Nie wszyscy jednak od razu podzielają mój zachwyt i entuzjazm. Twarz Wojtka rozpromienia dopiero, gdy przed jego oczami pojawia się tygielek, a w zasadzie dziesiątki tygielków do parzenia tradycyjnej tureckiej kahve. Jest i on! Na czerwonym sznurku jakby w rytm muzyki delikatnie się buja. Mosiężny z wykutymi orientalnymi wzorami, który jak się okaże później przysporzy nam na lotnisku jeszcze nie lada strachu. Z lekką nieśmiałością zaczynamy targować się o upatrzony dzbanuszek, przecież targowanie się na Krytym Bazarze to podstawa! Po kilkudziesięciu minutach jak prawdziwi koneserzy handlu ustalamy ze sprzedawcą ostateczną cenę satysfakcjonującą dla obu stron. Uhonorowaniem udanej transakcji jest wspólna herbata podana w tulipanowych szklaneczkach o niezapomnianym aromatycznym smaku oraz opowieści Turka o swojej malowniczej rodzinie i prawdziwej, parzonej małej czarnej.

Zachód słońca, a my na tarasie obserwując przechodniów rozgrywamy kolejną partyjkę gry znanej światu pod nazwą backgammon lub tryktrak, a tak naprawdę to tavla. Tradycyjna gra bliskiego wschodu i rejonu Kaukaz, która towarzyszy nam już do końca podróży i nie tylko.

Turcja wspaniała, kolorowa, pełna tajemnic, rozdarta między Wschodem i Zachodem. To tu „Podróż zajmuje około kwadransa (przez Bosfor, przyp. autor). Biznesmeni razem z żebrakami, kobiety w czadorach z kobietami w mini, niewierzący z imamami, prostytutki z derwiszami, święci z nieświętymi. Cała Turcja na jednym promie”[1]. Ale Turcja, to był tylko krótki przystanek w naszej wyprawie dookoła Morza Czarnego. Jedno morze, pięć krajów (w tym jeden, którego nie ma), trzy stolice. Rosję, Rumunię i Mołdawię zostawiamy sobie na kolejną podróż.

Bułgaria

Po zaledwie dwóch godzinach lotu wysiadamy na lotnisku w Burgas. Bułgaria wita nas zachmurzonym niebem. Kierujemy się w stronę miasteczka – perły Morza Czarnego, którego starówka w całości wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nessebar wydaje się być odskocznią od zatłoczonego i gwarnego Słonecznego Brzegu z hotelami “all-inclusive”. W zabytkowej części miasteczka położonej na skalistym półwyspie, który połączony jest ze stałym lądem bardzo wąskim przesmykiem, znajdujemy mały, przytulny hotel wciśnięty między stare domy, w sąsiedztwie jedenastowiecznego kościoła Jana Chrzciciela.

Zamiast na plaży czas spędzamy w Burgas. Spacerując ulicami miasta co jakiś czas je mijamy. Niektóre wyglądają jakby już tu naprawdę długo stały, inne błyszczą nowością, ale zdecydowanie wszystkie oblegane są przez przechodniów. Od tego momentu najważniejszym symbolem Bułgarii są dla nas automaty do kawy, co potwierdzi się również w Płowdiwie. Taki kawowy sprzęt stoi prawie na każdym rogu, nieraz ustawiają się do niego kolejki. Większość automatów serwuje niestety kawę instant, ale można znaleźć takie, które parzą całkiem niezłe esspresso. Co prawda, nie jest to kawa, jaką zwykł zamawiać agent Dale Cooper w „Miasteczku Twin Peaks”, ale czego chcieć więcej od ulicznego automatu. Co chwilę za moimi plecami słyszę: “Monia, chcesz kawę?”. Spacerowanie po Burgas z kawoszem nie należy do łatwych. Z kawą w ręku kupujemy bilet na pociąg do Stambułu… Wymarzyliśmy sobie przejazd trasą legendarnego Orient Expressu z Płowdiwu. Niestety kupujemy bilet kolejowy tylko na część trasy gdyż linia kolejowa jest w remoncie, ale my na bieżąco monitorujemy stan robót i tym pociągiem jeszcze pojedziemy!

Gruzja

Nocą, docieramy drogą powietrzną do Tbilisi. Mimo późnej pory na tym kameralnym gruzińskim lotnisku jest gwarnie. Prócz podróżujących stawiają się również całe rodziny z ciotkami i kuzynami na czele, by pożegnać bądź przywitać swoich bliskich. Niestety mimo zamówionego transportu my tego szczęścia nie mamy i nikt po nas nie wyjeżdża. Przez telefon nasz hotelarz podaje adres taksówkarzowi. Nocleg mamy “prawie” w centrum miasta, więc bez problemów powinniśmy dojechać. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się, żeby zatankować. Będąc już blisko celu błądzimy w poszukiwaniu hotelu. Nasz kierowca nie dowierza, że w tym rejonie może być jakiś hotel. Kończy się asfalt. Zaczynamy i my wątpić, czy aby na pewno jesteśmy w dobrym miejscu. Jest! Biało-czerwona flaga powiewa na wietrze, to tutaj! Nocleg mieliśmy u Kuby, przesympatycznego Polaka, którego hotel polecił nam nasz przyjaciel. Dopiero następnego dnia, kiedy już sami spacerujemy okazuje się, że hotel położony jest w rewelacyjnym miejscu Tbilisi. Niecały kilometr do stacji metra, potem dwie stacje do dworca Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do każdego zakątka Gruzji. Wspaniale, o to chodziło!

O wschodzie słońca ruszamy z Didube do miejsca idealnego dla osób lubiących adrenalinę. Cziatura, miasto położone w malowniczej dolinie o bardzo stromych zboczach, w którym ponad 60 lat temu zbudowany został system kolejek linowych, ułatwiających transport mieszkańców oraz pracowników tutejszej kopalni. Mimo, że czas odcisnął swoje piętno system ten funkcjonuje nieprzerwanie do dzisiaj, a my mieliśmy przyjemność wjechać zardzewiałym wagonikiem z dziurą w podłodze ponad 140 m w górę by podziwiać panoramę miasta.

Abchazja

Przyszedł czas, aby zamoczyć stopy w gruzińskich wodach Morza Czarnego. Ruszamy do miejsca, które za czasów radzieckich było najbardziej ekskluzywnym kurortem w tej części świata. Swoje dacze mieli tu najważniejsi komuniści ze Stalinem na czele. Dziś Abchazja jest parapaństwem, a sanatoria i hotele, będąc niegdyś chlubą Związku Radzieckiego czasy świetności mają już dawno za sobą. Abchazję na arenie międzynarodowej uznaje jedynie Rosja, Wenezuela, Nikaragua i Nauru oraz inne parapaństwa jak Naddniestrze, Osetia Południowa i Górski Karabach. O świcie meldujemy się na posterunku gruzińskiej policji, gdzie zaspany strażnik prawa po zeskanowaniu naszych paszportów nieśmiało mówi “Good luck”. Do posterunków abchaskich pozostaje około półtora kilometra marszu, w większości po moście nad rzeką Ingur. Można załapać się na “konny bus”, ale o tej porze jeszcze żaden się nie obudził. Za rzeką władze Gruzji nie mają już mocy sprawczej. Do posterunków abchaskich docieramy około 30 minut przed otwarciem granicy. Siadamy pod płotem z kanapkami w ręku i nadzieją, że bez problemów przekroczymy granicę. Nagle czuję jak tętno zaczyna mi przyspieszać. W naszym kierunku idą żołnierze w mundurach bez żadnych oznaczeń. “документы” słyszymy stanowczy, groźny głos nad naszymi głowami. ”Беларусь, Турция. O, Украина?! неправильно” Jest źle. W mojej głowie pojawiają się najczarniejsze scenariusze, ale gdy widzę kamienną twarz Wojtka próbuję zamaskować moje ogromne przerażenie i zakładam maskę niewyrażającą żadnych uczuć. Odchodzą. Paszporty i promesę wizy kontrolują nam jeszcze kilka razy i za każdym razem czuję jak pot powoli spływa mi po karku.

Tuż za granicą, która teoretycznie nie istnieje, ale praktycznie już jak najbardziej tak, rozbrzmiewają klaksony. Koncert klaksonów! Duży, czy mały – nieważne, każdy pojazd zmotoryzowany daje znać całemu światu, że nadjeżdża. Kierowcy witając innych użytkowników drogi ochoczo przyciskają trąbkę na kierownicy. Chcesz wyprzedzić inny pojazd nie używaj kierunkowskazów, masz przecież klakson! Skręcamy w prawo, w lewo – klakson. Wszyscy tu przestrzegają tych zasad, a nasz niezwykle towarzyski kierowca w szczególności. Jedziemy do Suchumi by spędzić tu nasze ostatnie dni wyprawy wokół Morza Czarnego. Zza chmur wita nas Kaukaz, a pola drzewek mandarynkowych towarzyszą nam przez większość drogi. Abchaski rap umila nam podróż, a my jadąc z naszym водителем na przedniej kanapie Mercedesa wchodzimy w zakręty z prędkością 120 km/h. Mimo lekkiej niepewności jest bajecznie!

Wieczór, na stole rozstawiona tavla, a w całym mieszkaniu unosi się zapach świeżo mielonej kawy. Do pokoju wchodzi Wojtek z zaparzoną w tygielku kawą i z lekkim uśmiechem podaje mi mapę Rumunii, Rosji i Mołdawii. Siadamy na dywanie i przegryzając mandarynki (może abchaskie), planujemy naszą kolejną podróż…

Zdjęcia z podróży poślubnej dookoła Morza Czarnego
fot. Smolakowie

Przypisy    (↵ returns to text)

  1. W. Szabłowski, Zabójca z miasta moreli, Wołowiec, 2010.

Jedno przemyślenie nt. „Podróż dookoła Morza Czarnego

  • Monia, dzięki za relację!
    Tak ciekawie opowiadasz, że aż wyobraziłam sobie Was zastygniętych ze strachu z niedojedzonymi kanapkami, kiedy zbliżała się straż graniczna. Niezrozumiały dla mnie język krzesełek wspomaga to uczucie.
    Śmiać mi się chce za każdym razem, gdy Wojtek proponuje kawę. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *