Zimowa Czarnohora

Podaj dalej...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Kiedy w sierpniu 2009 r. wędrowaliśmy przez Gorgany, w oddali majaczyły czarnohorskie szczyty Howerla i Pietros. Już wtedy narodził się pomysł kolejnej wędrówki najwyższym górskim pasmem Ukrainy. W ramach zwiększania naszego górskiego poziomu, po kilkunastu miesiącach, znaleźliśmy się pewnej lutowej mroźnej nocy ponownie przed dworcem w Iwano-Frankowsku. Wiedzieliśmy, że tym razem wody na pewno nie będzie brakować w naszym otoczeniu, co najwyżej będzie wymagać pewnych przemian fazowych.

Nieśmiałe szczyty…
Można napisać [wersja dziennik]

Z Iwano-Frankowska pociągiem płackartnyj docieramy do, znanej nam z poprzedniej wyprawy, Worochty. Potem pociągiem klasy obszczij do osiedla o charakterze miejskim, jakim niewątpliwie jest Jasina. Tam ostatni obiad w dość odległym od stacji centr miejscowości i wyruszamy w kierunku Połoniny Szesa, na której spędzamy pierwszą noc.

Można też trochę inaczej [wersja poetycka]

Stacyjka Jasina była ostatnim etapem pokonywanej przez nas karpackiej drogi żelaznej. Ostatnie przysiółki były chyba zdziwione widząc kogoś oprócz miejscowych zwożących konno drewno z gór. Czarnohorskie szczyty zdawały się być nieco nieśmiałe. Osnute chmurami nie chciały pokazać swojego oblicza. Tak już miało pozostać do końca naszej wędrówki. Przyjęły wędrowców, pozwoliły nam bezpiecznie przenocować, ale daleko im było do serdecznej gościnności. Tylko na kilka minut, jak gospodarz, który na krótko uchyla drzwi swojej sypialni pozwalając rozejrzeć się swoim gościom, ale broniący do niej wejścia, kiedy byliśmy już na szczycie Pietrosa udało nam się zobaczyć wyłaniającą się z chmur trudną do przejścia [1].

Łapki, czyli cнегоступы
Na Połoninę Szesa dobrze idziemy? — z braku widoczności już na początku mamy pewne wątpliwości
Dobrze, ale tam nic nie ma i śniegu potąd — odpowiada jeden z napotkanych ludzi wskazując ręką linię piersi i dając na chwilę odpocząć swojemu koniowi mozolnie ciągnącemu bale drewna — letadło w Kijowie, nikt was tam nie znajdzie…
Na wiosnę znajdziecie, mamy rakiety — wskazujemy na nasze plecaki
Rakiety? Aaaa… łapki, łapki są dobre — stwierdza drugi podkładając belkę pod kłody, żeby ułatwić koniowi przetransportowanie drewna o kolejne kilka metrów.
Idziemy zatem dalej. Ekstremolce jak nazwał to, zaciekawiony naszym widokiem, ukraiński kierowca na dworcu w Warszawie. Zapakowaliśmy się do autobusu zanim jeszcze podjechał na stanowisko.

Uuuuummm…
Drugi dzień wędrówki. Kilkadziesiąt kroków wcześniej, jakby od niechcenia, robiąc kilkunastosekundową przerwę zmierzyłem kijkami nachylenie stoku. Chwilę potem oboje usłyszeliśmy uuuuummm[2]. Rzut porozumiewawczych spojrzeń… Niewątpliwie wyrwało nas to z pewnej monotonii marszu.

73 stopnie
Pomiary wysokości wskazywały, że jesteśmy na Pietrosulu (1855 m n.p.m.). Miejsce, z którego przyszliśmy znaczyły ślady raków, kierunek w którym mamy iść wskazywała igła kompasu. Z pobliskiego siodła mamy do pokonania 200 m przewyższenia. Szczytu nie widać, więc przyjmuję pewną pesymistyczną estymatę i kiedy doliczam do 73 zaczyna się coś wyłaniać. Szałas? górski schron? upadająca kapliczka… obok obalony krzyż, o których nie było słowa w przewodniku[3]. Wskazanie nawigacji potwierdza, że jesteśmy na szczycie Pietrosa.

Ryzyko i szczęście
Naszła mnie taka myśl, że w wielu przypadkach osiągnięcie to spotkanie ryzyka i szczęścia. Gorzej, gdy do takiego spotkania nie dochodzi, szczególnie gdy zabraknie tego drugiego elementu. Oczekiwana poprawa warunków na szczycie Pietrosa nie nadchodziła. Wyruszyliśmy w południe i uszliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów, gdy z mgły zaczęły wyłaniać się ludzkie postacie. Grupa ukraińskich turystów na czele z master of climbing[4] była zapewne nie mniej zdziwiona tym spotkaniem niż my. Faktem pozostaje jednak, że tylko dzięki pozostawionym przez nich, ginących czasami, śladom raków i czekana udało nam się zejść tą trasą. Trawers skalistym zboczem był dla nas pewnym zaskoczeniem po stosunkowo łagodnym podejściu na szczyt poprzedniego dnia. Nie wiemy czy ангел-хранитель, którego mały obrazek wisiał na szczycie nam pomógł, ale na pewno nie przeszkadzał.

Kwitoki
Koniec górskiej wędrówki znaczy czujny wzrok strażnika. Nie mamy kwitoków, więc musimy się zarejestrować i uiścić nieco negocjowaną opłatę ograniczoną do drobnych hrywni, które akurat mamy. Z jednej strony tego typu wschodni porządek może rodzić zdziwienie lub uśmiech, z drugiej jest to zalążek, o czym nie wątpię, sprawnie działającej w przyszłości górskiej służby ratowniczej. Podobne zdziwienie może budzić para strażników z karabinami przy każdym wiadukcie i tunelu. Nie wiem czy ktokolwiek jeszcze wie jaki jest tego cel, wiem natomiast, że pociągi się tutaj nie spóźniają.

———

Wykapka ta nie miała dla mnie głębszego wymiaru poza- geograficznego, krajoznawczego, sportowego…[5] Trudno doszukiwać się myśli w stylu Stasiuka czy Andruhowycza. Grażdanka nie sprawia problemów z czytaniem, tym bardziej dla człowieka, który zbliżony alfabet rosyjski jeszcze zdążył poznać w podstawówce. Człowiek czuje się tutaj dziwnie swojsko. Może to zasługa wcześniejszej wyprawy a może jakaś romantyczna tęsknota za Polską w przedwojennych granicach, chociaż trzeba przyznać, że tym razem nie udało nam się przejść na naszą stronę polsko-czechosłowackiego pogranicza[6].

Sprzęt wysuszony, założenia organizacyjne wyprawy zimowa Czarnohora 2 przygotowane, niestety trzeba będzie tam wrócić…

fot. Włodzimierz Kozłowski
fot. Wojciech Smolak

Dziennik
[suche informacje o trasie, godzinach, miejscach noclegu, odległościach itp.]
20 lutego 2011 r. (niedziela)
4:50 autobus Inowrocław — Warszawa Zachodnia
13:50 autobus międzynarodowy Warszawa — Iwano-Frankowsk (relacji Warszawa — Kołomyja)
ok. 21 przejście graniczne Hrebenne — Rawa Ruska (ok. jednej godziny)
21 lutego 2011 r. (poniedziałek)
ok. 3 Iwano-Frankowsk
5:30 pociąg płackartnyj do Worochty (relacji Kijów — Worochta)
11:20 pociąg obszczij do Jasiny
ok. 14 wędrówka i nocleg w staji pasterskiej na Połoninie Szesa
22 lutego 2011 r. (wtorek)
dzień 25. urodzin Wojciecha Smolaka
wędrówka na rakietach w kierunku Pietrosa, nocleg w namiocie pod Pietrosulem
23 lutego 2011 r. (środa)
Pietrosul, Pietros (2020 m n.p.m.), decyzja o zakończeniu wędrówki z powodu braku widoczności, nocleg na szczycie
24 lutego 2011 r. (czwartek)
oczekiwanie na poprawę warunków do południa, ryzykowne ale szczęśliwe zejście do Przełęczy Harmanieskiej, nocleg w chacie hotel Koliba[7]
25 lutego 2011 r. (piątek)
dalszy brak poprawy warunków, powrót przez Koźmieszczyk i Łazeszczynę do Jasini, nocleg w turbazie Edelweiss
26 lutego 2011 r. (sobota)
10:05 autobus Jasina — Iwano-Frankowsk,
13:05 autobus międzynarodowy Iwano-Frankowsk — Poznań (relacji Kołomyja — Poznań)
przejście graniczne (ok. czterech godzin)
27 lutego 2011 r. (niedziela)
rano w Poznaniu, pociągiem do Inowrocławia
11 marca 2011 r. (piątek)
docierają kartki pocztowe wysłane z Worochty

Przypisy    (↵ returns to text)

  1. Howerla — najwyższy szczyt Ukrainy, z rum. hovirla — „trudne do przejścia”
  2. Skojarzenia romantycznego dialogu zimowych gór z wędrującymi po nich turystami lepiej jest zamienić na wiedzę z kursu lawinowego.
  3. Przewodnik Góry Ukrainy z plecakiem. Czarnohora wyd. Bezdroża 2006. Napisy pozostawione przez turystów we wspomnianej kapliczce były nie starsze niż kilka lat. Czy to sugeruje, że sama budowla powstała już po jego wydaniu? Jaka jest historia krzyża na szczycie Pietrosa? W jakich okolicznościach tam powstał a w jakich podupadł?
  4. Grupa turystów okazała się uczestnikami kursu alpinistycznego na certyfikat pod przewodnictwem master of climbing. Określenie jest efektem naszych językowych zmagań w pidżynowym języku powstałym w wyniku połączenia polskiego, ukraińskiego i little angielskiego, kiedy wspólnie jedliśmy sało (wschodnia przekąska ze słoniny) w pasterskiej chacie. Dwa dni wcześniej zdobyli Howerlę, na którą podejście od strony Przełęczy Harmanieskiej jest dużo łatwiejsze niż na Pietrosa.
  5. Zaintrygowali mnie jedynie, napotkani w autobusie, polscy studenci farmacji kształcący się za wschodnią granicą. O ile naturalna jest dla mnie edukacyjna migracja, szczególnie osób z polskimi korzeniami, z Ukrainy na zachód o tyle to zjawisko wymagało dodatkowej lektury już po powrocie z wyprawy.
  6. Nieprzypadkowo słowo naszą napisane jest kursywą. Osobiście gdybym miał taką możliwość wybrałbym Polskę w przedwojennych granicach. Zepchnięcie narodu polskiego ze stanowiska narodu wielkiego, którym był zawsze, przez cały ciąg dziejów, do roli narodu małego (Jędrzej Giertych, 1932 r.) dokonało się już dawno. Z pokorą i zrozumieniem, choć nie bez żalu, podchodzę jednak do historycznych przemian w tej części Europy. Z tego samego powodu nie obnoszę się tutaj ze swoją polskością. Mimo, że zawsze mam ze sobą polską flagę to nie wymachuję nią przy każdej okazji (trochę inny pogląd mieli napotkani w Gorganach warszawscy koledzy — znowu nieprzypadkowo kursywą). Nie chciałbym oglądać wielkiej czarno-czerwono-żółtej flagi na północnych karkonoskich zboczach, z których rozpościera się piękny widok na prastare ziemie niemieckie.
  7. Nazwę znaczyły wykonane farbą napisy alfabetu łacińskiego. Nie był to oczywiście ani hotel, ani tym bardziej koliba. Koliba to wszak budynek w lesie, w którym mieszkają drwale (F. Antoni Ossendowski Huculszczyzna: Gorgany i Czarnohora – Poznań 1936, Wrocław 1990, str. 224)

4 przemyślenia nt. „Zimowa Czarnohora

  • Mam pytanie, tekst opublikowano ‚Ten wpis opublikowano środa, 23 Luty 2011 o godz. 17:03’ a wyprawa trwała od 20 do 27.02.2011. Czy tutaj nie ma przekłamania?

    • W swoich relacjach jako datę publikacji przyjmuję raczej wybrany charakterystyczny dzień wyprawy niż faktyczną datę rozpoczęcia edycji relacji. W tym konkretnym przypadku wpis powstał kilka dni przed wyprawą, opublikowany został w jej pierwszym dniu i kilkukrotnie wyedytowany już po powrocie. Przyjąłem taką politykę dla pewnego porządku w archiwum, choćby ze względu na wspomnienia wydarzeń sprzed kilku czy nawet kilkunastu lat.

  • Serdecznie dziękuję za tak szczegółowe wyjaśnienie moich wątpliwości związanych z chronologią tworzenia wpisów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *