Masyw Śnieżnika – podejście drugie

Podaj dalej...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle. Kiedy wyjeżdżamy w takim składzie to zawsze wracamy dzień wcześniej… Przedłużony weekend, wzięte urlopy, idealny plan na dobrą wyrypę. Będzie to opowieść o wyprawie gdzie słaba pogoda może popsuć nawet najlepiej zaplanowany wyjazd oraz o której ^wkozi mówi: znowu pojechaliście po lesie pochodzić…

dzień 1

Ruszamy w środku nocy z Poznania.  Docieramy przed 8 do Lądka Zdroju, który niemrawo budzi się do życia w ten sobotni poranek. Świetność dolnośląskiego kurortu pamiętają już chyba tylko odrapane ściany budynków. Zniecierpliwieni czekaniem na otwarcie jedynej knajpy w pobliżu, gdzie chcieliśmy zjeść „ostatni posiłek” ruszamy niebieskim szlakiem do góry w kierunku ruin zamku Karpień na szczycie Karpiaka.

Lądek Zdrój – Karpiak (775 m)

Jest to jedyny odcinek drogi, gdzie jeszcze coś widać. Podziwiamy zatopiony we mgle Masyw Śnieżnika ze szczytu Trojaka (766).  Do tego miejsca śledzi nas zabłąkany kuracjusz z Lądka, jest to jedyny turysta spotkany podczas całego wyjazdu. Osiągnięcie szczytu Karpiaka jest dobrą okazją na drugie śniadanie. Rzeczony turysta tutaj już nie dociera podczas naszej obecności.

Karpiak – Przeł. Gierałtowska (684 m)

Od tego miejsca kończą nam się zeszłoroczne wspomnienia. Wtedy obraliśmy kierunek na Gierałtów i Czernicę. Podążamy leniwym podejściem pod Czernik (832 m) szlakiem granicznym. Na szczycie „grylujemy” kabanosy. To „igrek” to na część Pana Wacława.

Przeł. Gierałtowska – Bielice

Na przełęczy znajdujemy bardzo miłą wiatę oraz niemiłosiernie mocne wiatry. Pod Czartowcem (944 m), po czeskiej stronie natrafiamy na chatkę, podobną do tej jak pod Śnieżnikiem. Służy ona jednak nie turystom, a drwalom albo innym pracownikom leśnym. Z uwagi na coraz mocniej padający deszczy rezygnujemy z planów noclegu we wiacie w okolicach rezerwatu Puszczy Śnieżnej Białki. Z przełęczy pod Kowadłem przez Barani Wąwóz schodzimy do Bielic. Nocujemy u bardzo miłej pani w różowym domku, który się rozbudowuje i tym samym stracił wiele różu na rzecz cementu i cegieł.

dzień 2

Bielice – Przeł. Płoszczyna (817 m.)

Budzi nas deszcz stukający o parapety oraz szemrzący potok za oknem. Idealna pogoda do pozostania w domu, a tu iść trzeba dalej. W pewnym sensie cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg we wiacie, tylko zeszliśmy do Bielic. Deszcz nie przestaje kropić,

zatrzymujemy się we wiacie i obiecujemy sobie, że następnym razem na pewno w niej zanocujemy. Tutaj podejmujemy decyzję o wcześniejszym powrocie.

Przeł. Płoszczyna – Bolesławów

Idąc żółtym szlakiem zostawiamy położoną w dole Nową Morawę, gdzie w ubiegłym roku prawie wpław pokonywaliśmy rwącą rzekę. Początkowo utwardzoną drogą, a dalej leśną ścieżką docieramy do wyciągów narciarskich w Kamienicy, a dalej już asfaltem do Bolesławowa. Tutaj kończy się nasza przygoda z jesiennymi i mglistymi Sudetami. Następnym razem może uda się nie skracać sudeckiej eskapady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *