Powrót w Tatry Zachodnie

Podaj dalej...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Zgodnie z założonym kilkuletnim planem górskich wypraw ostatnią dekadę sierpnia mieliśmy spędzić w Fogaraszach. Niestety zawirowania zawodowe nie pozwoliły na wędrówkę najwyższym pasmem Karpat Południowych i całej Rumunii. Ostatecznie udało się wyskoczyć na krótką wycieczkę w Tatry Zachodnie.

W piątek, 27 sierpnia, po wielogodzinnej jeździe autobusem, w większości na jego schodach lub podłodze, meldujemy się w „Jagodzie”, gdzie zaczyna i kończy się każda nasza tatrzańska przygoda. Pochylony nad naleśnikiem odpisuję w telefonie na maile swoich potencjalnych przyszłych pracodawców, a w drodze do Chochołowskiej negocjuję jeszcze warunki zatrudnienia. Odpowiedź sprawdzę dopiero następnego ranka na szczycie Grzesia korzystając z pakietowego połączenia w słowackim roamingu. Spokojnym krokiem maszerujemy Doliną Chochołowską, lokujemy się w schronisku oczekując na poranny wymarsz następnego dnia.

P1060900.JPGP1060903.JPG

Budziki nastawione na 3:24. W ciszy opuszczamy dużą salę i przenosimy się do kuchni turystycznej. Tego dnia będziemy chyba pierwszymi turystami wyruszającymi ze schroniska. Rok wcześniej pogoda nie pozwoliła nam na zdobycie głównej grani Tatr Zachodnich. Tym razem rozważamy kilka wariantów wędrówki. Wschód słońca wita nas już nieopodal Grzesia. Na dłużej zatrzymujemy się dopiero na Wołowcu, gdzie podziwiamy słowackie Rohacze i podejmujemy decyzję o dalszej trasie. Kontynuujemy marsz w stronę Jarząbczego Wierchu. Schodząc z niego zaczynam odczuwać znaczny ból prawego kolana. Odpoczywając na Kończystym Wierchu już wiem, że niestety powtórzy się sytuacja z zimowego Zawratu. Najrozsądniej byłoby wrócić przez Trzydniowiański Wierch do schroniska w Dolinie Chochowskiej, owijam jednak mocno kolano bandażem elastycznym i mimo bólu sprawnie zdobywamy Starorobociański Wierch. Na szczycie decyduję się puścić Wojtka przodem i dalej samotnie kontynuować wędrówkę. Już wiem, że czeka mnie kilka godzin żmudnego powolnego marszu. Zejście do Raczkowej Przełęczy dłuży się w takim stanie niemiłosiernie. Kulminacje Ornaku omijam korzystając ze ścieżki na zachodnim zboczu. W końcowym jej etapie trafiam jednak na zarastającą kosodrzewinę i kilka fragmentów pokonuję z niemałym trudem praktycznie na czworakach. Przypomina to nieco nasze zmagania w Gorganach. W końcu wychodzę wprost na kamienny chodnik prowadzący do Iwaniackiej Przełęczy. Pozostaje żmudne schodzenie i odliczanie kolejnych schodów. Byle do pierwszych drzew zwiastujących przełęcz. Do schroniska docieram już po zmroku. Zmęczony Wojtek dotarł tylko godzinę wcześniej.

P1060924.JPGP1060932.JPGP1060952.JPG

Dla mnie to już koniec wędrówki. Chciałoby się iść dalej, ale jedyne rozsądne rozwiązanie to powrót do domu i konsultacja z lekarzem. Następnego dnia wracam Doliną Kościeliską, Wojtek kontynuuje wędrówkę Doliną Tomanową i dalej przez Czerwone Wierchy i Goryczkowe Czuby do Kasprowego Wierchu. Kiedy w oczekiwaniu na autobus leżę w cieniu na Równi Krupowej i spoglądam w tamtą stronę Wojtek melduje się na Małołączniaku.

P1070001.JPGP1070007.JPGP1070020.JPG

Kilka tygodni później odwiedziłem jednego z poznańskich ortopedów. Obmacał kolana i stopy po czym zapytał czy mam wykształcenie techniczne. Kiedy zapytałem czy ma to wpływ na stan kolana, odparł, że nie, ma natomiast na sposób prezentacji pacjentowi wyników badania po czym w dwóch rzutach nakreślił swoją diagnozę…

W planach zimowa Czarnohora, bez schronisk i wyświetlanych w nich prognozy pogody, praktycznie bez służb ratowniczych, za to z własnym namiotem rozbijanym gdzieś w śniegu… W ramach przygotowań już w styczniu kurs lawinowy.

fot. Włodzimierz Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *