Masyw Śnieżnika 2009

Podaj dalej...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Czy jeszcze jesień panuje w polskich górach? Czy miło będzie się spało jesienną nocą w turystycznym schronie? Czy uda odnaleźć się chatę pod Śnieżnikiem? Jak pod Śnieżnik wlazł słoń i dlaczego tam został? Na te i wiele innych pytań miała dać odpowiedź listopadowa wycieczka w okolice Masywu Śnieżnika – wyjazd planowany początkowo jako samotna wędrówka. Doniesienia ze strony GOPRu nie wskazywały, że podczas wędrówki będzie można spodziewać się zimowych warunków. Skład ekipy powiększył się o 300% niemalże na godzinę przed wyjazdem. Stara wyprawowa ekipa powraca w wielkim stylu.

dzień 1 (6 listopada 2009)

O 2.02 z poznańskiego dworca głównego wyruszamy pociągiem do Wrocławia. Warto dodać, że w składzie relacji Berlin – Kraków jeden cały wagon nie ma ogrzewania. Tylko w nim są miejsca siedzące, które zajmujemy. Podczas ponad dwugodzinnej podróży nie robi się cieplej… Kolejny pociąg (Wrocław – Kłodzko) to zupełne przeciwieństwo swojego poprzednika. Gorąco jak w piecu. Wygodne plastikowe siedzenia umiliły jazdę.

Około godz. 8.30 docieramy PKSem do Lądka Zdroju. Zaopatrujemy się w kiełbasę i inne smakołyki aby ze smakiem wędrówkę przeżyć. Wkraczamy w granicę Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. Co jakiś czas mijamy skalne ostańce. Na jednym z nich, na szczycie góry Trojak usytuowany jest punkt widokowy.P1040922.JPG Lepszą widoczność oferowało przystępnie opisane zdjęcie na tablicy informacyjnej niż sam widok. Mgła nie chciała opuścić górskich szczytów. Dalej docieramy do ruin zamku na górze Karpiak, którego ostatnim właścicielem był rycerz-rozbójnik Hinko Kruszina. Jego zamek został zniszczony przez wojska księcia ziębicko-opawskiego Wilhelma w odwecie za najechanie przez Hinkę opactwa w Henrykowie.P1040931.JPG Po krótkim odpoczynku schodzimy w dół w kierunku Starego Gierałtowa. Z mapy wynika, że we wsi znajduje się kilka pensjonatów, zamierzamy w jednym z nich uzupełnić zapasy gorącej herbaty w termosach. Wieś wygląda na opuszczoną. Niszczejące chaty, zabite deskami okna i drzwi w budynku gdzie kiedyś znajdował się bar. Spędziliśmy trochę czasu w okolicy szkoły. Chyba nie pełni już edukacyjnych funkcji… Na sakralnym figurkach widnieją niemieckie inskrypcje. Wygląda to podobnie jak polskie opisy pomników na Ukrainie.

Znajdujemy w końcu dom z szyldem reklamującym wynajem pokoi. Pukamy… właściciel na prośbę o wrzątek odpowiada, że jest sam i nie może nam pomóc. Zamyka drzwi. Ciekawe czy wynająłby nam pokój… Bo przejściu całej wsi udało się znaleźć dom, w którym zagotowano nam wodę na herbatę.

P1040958.JPG P1040959.JPG P1040965.JPGP1040968.JPG P1040970.JPG P1040972.JPG

Kolejnym punktem na naszej trasie jest góra Czernica, a dalej wieś Bielice. W tym miejscu kończy się jesień, a zaczyna zima. Bardzo płynnie nastąpiła zmiana barwy krajobrazu. Wspinamy się we mgle. Ociągamy wysokość 1083 m. Niestety brak widoczności nie sprzyja podziwianiu górskich widoków. Podziwiamy za to zatopione w bieli świerki i inne drzewka czy krzewy. Podczas zejścia ze szczytu momentalnie zapada zmrok. Kilka razy cofamy się by wrócić na szlak. W kompletnych ciemnościach docieramy do Bielic. Z powodu ciemności gubimy szlak, ale za to dochodzimy do wsi o jakieś 30 minut szybciej niż szlakiem.

Ciężko opisać sytuację podczas szukania noclegu. Byliśmy odsyłani od domu do domu. Chociaż wszędzie było ciemno w oknach wszyscy gospodarze zapewniali, że mają komplet. Po ponad godzinie szukania i przejściu całej wsi dwa razy znajdujemy milutki pokoik w przystępnej cenie, wg właścicielki – po kosztach.

Kończymy dzień bez osiągnięcia celu, nie dochodzimy niestety do turystycznego schronu na granicy Rezerwatu Puszczy Śnieżnej Białki. Mimo, że śniegu było nie więcej niż 40 cm to skutecznie opóźniał nasz marsz. Na szlaku nie spotkaliśmy żadnego turysty. Szlak na całej długości był nieprzetarty więc wcześniej zbyt wielu nim nie wędrowało. Nie bez przyczyny G. Bialskie nazywane są sudeckimi Bieszczadami…

P1040974.JPG P1040982.JPG P1040989.JPG

dzień 2 (7 listopada  2009)

Od rana kontynuujemy wędrówkę zielonym szlakiem po G. Bialskich. Dojście do granicy rezerwatu przyrody „Puszcza Śnieżnej Białki” zajmuje nam ponad godzinę w dobrych warunkach, za dnia. Jednak pozostanie na noc w Bielicach było lepszym rozwiązaniem niż szukanie po zmroku turystycznego schronu, który znajduje się w pobliżu rezerwatu. Jeszcze przyjdzie czas na przetestowanie śpiworka w ekstremalnych warunkach.

P1050003.JPG P1050004.JPG P1050007.JPG

Krocząc przez rezerwat gubimy ukryty pod śniegiem szlak. Dzięki najnowszym zdobyczom techniki wyznaczamy najkrótszą trasę do granicy, po której biegnie nasz szlak i „na szagę” przecieramy nową ścieżkę. Po dotarciu do granicy oraz hranicy spotykamy pierwszych ludzi na naszym szlaku. Byli to czescy turyści, powędrowali w drogę przeciwną niż my. Tutaj następuje rozdzielenie naszej ekipy. Chłopcy podążają dalej „na szagę” po czeskiej stronie, natomiast ja wybieram niebieski szlak i przez Rudawiec kroczę w kierunku Przełęczy Płoszczyna. Była to uważam dość dobra decyzja z mojej strony.

P1050010.JPG P1050013.JPGP1050017.JPG

Korzystając z ostatnich chwil względnie dobrej widoczności zdołałem ujrzeć w oddali powoli zatapiający się w chmurach Śnieżnik. Niestety później, mimo pobytu na samym szczycie nie udało się go zobaczyć…

P1050025.JPG P1050029.JPG

Za szczytem Rudawca pogoda już się tylko pogarsza. Zaczyna padać mały deszcz, z każdym krokiem spada widoczność. Maszerujemy po mokrym śniegu, na szczęście już tylko z górki w kierunku Przełęczy Płoszczyna. Odpoczywamy pod wiatą nieczynnego już przejścia granicznego z Czechami. Dzisiaj budynek pełni rolę pensjonatu oraz bufetu. Podczas naszych odwiedzin obie funkcje były nieosiągalne. Budynek zamknięty na głucho, mimo pukania i dzwonienia domofonem nikt nie otworzył. Gdzieniegdzie widać jeszcze było ślady poprzedniej imprezy w formie kolorowych baloników.

P1050032.JPG P1050034.JPG P1050037.JPG

Zjadamy prawie ostatnie zapasy żywności, zostaje tylko „chińszczyzna”. Najbliższa możliwość uzupełnienia zapasów to dopiero schronisko pod Śnieżnikiem, do którego dojść mieliśmy dopiero następnego dnia. Rozważamy różne warianty zmiany trasy, znowu zbyt wcześnie robi się późno. Wg tabliczki do Śnieżnika jeszcze 2 godz. 40 minut, w obecnie panujących warunkach pewnie dwa razy więcej. Nadarza się okazja i podjeżdżamy do Nowej Morawy w miłym towarzystwie, lecz w malutkim francuskim samochodziku. Miał jednak fajny przeszklony dach, który wzbudził naszą ogólną radość. Jechaliśmy tam z nadzieją uzupełnienia zapasów, niestety się zawiedliśmy. Dostaliśmy za to paczkę z kanapkami. Nasze miłe podwożące panie zlitowały się jak zobaczyły, że nie ma sklepu. Serdecznie pozdrawiamy!

Wybieramy niebieski szlak, który dość łatwym podejściem prowadzi do schroniska pod Śnieżnikiem. Aby jednak dotrzeć do szlaku przeprawiamy się „prawie w pław” przez rwącą rzekę.

Po tej przeprawie maszerujemy już tylko dobrze wytyczonym szlakiem. Tradycyjnie unosi mgła, słońce się chowa i widzimy coraz mniej. Naszym planem jest dotarcie do chatki pod Śnieżnikiem, bo okazuje się, że nie stać by nas było na nocleg w schronisku. Albo nocleg, albo dojazd do Kłodzka. Wypłaciliśmy zbyt mało pieniędzy z bankomatu.

Schodzimy ze szlaku na ścieżkę, która zaprowadzić ma nas do chatki. Ścieżka zasypana śniegiem niczym nie różni się od braku ścieżki zasypanego śniegiem. Z pomocą kompasu i mapy kierujemy się w kierunku wschodnim, trzymając się mniej więcej na tej samej wysokości. Ścieżkę wyznaczają nam tropy zwierzyny. Newralgicznym momentem w trasie do chatki miało być skrzyżowaniem ścieżek i zmiana kierunku oraz wysokości. Skończyły się tropy…nie wiedzieliśmy co dalej.  Kręcimy się po lesie, aż w końcu uznajemy (nie wszyscy), że to nie ma sensu. Rezerwujemy telefonicznie podłogę w schronisku, kwestię  braku środku planujemy rozwiązać następnego dnia. Wracamy na szlak i kierujemy się w górę do schroniska. Przy kolejnej ścieżce odchodzącej ze szlaku do chatki spotykamy turystów, którzy twierdzą, że znają drogę do chatki. Po chwili zastanowienia ruszamy z nimi. Okazuje się, że dochodzimy do miejsca, z którego się wcześniej wycofaliśmy…podążamy dalej. W końcu czujemy zapach dymu, to znak, że chatka blisko. Dotarliśmy. Zapisujemy z GPSa współrzędne geograficzne miejsca, żeby w przyszłości nie mieć problemów z trafieniem. W środku była już ekipa, okazało się, że też z Poznania. Nie bardzo radzili sobie z piecem, ucieszyli się, że się zająłem paleniem i schowali się we wnętrzu chaty. Naprawiłem siekierę, porąbałem drewno, zagotowałem śnieg na herbatę, zupki i kiełbachę. Pora spać. Przygotowujemy sobie miejsce na pięterku, do chaty dociera kolejna ekipa. Komin nie do końca jest sprawny, po całej chacie rozchodzi się dym. Podejmujemy decyzję, że lepiej marznąć niż się udusić i próbujemy spać przy otwartym okienku. Na szczęście nasze śpiworki Pracowni Małachowskiego wytrzymują próbę temperatury. We wnętrzu szacowaliśmy, że było około 0 stopni. Okazało się, że nie tyle zimno było przeszkodą w zaśnięciu u odpoczynku, tylko głośne śpiewy i dyskusje ekipy z dołu…

Może to ja jestem dziwny, ale w górach szukam spokoju, wytchnienia odpoczynku. Szczególnie odpoczynku po długim całodniowym marszu. Czy oni nie mogli sobie śpiewać w domu? Nie rozumiem też powodu przyniesienia przez turystów do chaty litrów alkoholu… Mi by się nie chciało… Moja aspołeczność nie zna granic.

dzień 3 (8 listopada  2009)

P1050040.JPG P1050042.JPG

Wstajemy o 7 rano. Pakujemy się i już o 7.20 jesteśmy na ścieżce w kierunku Śnieżnika. Łatwiej było znaleźć szlak ze ścieżki niż ścieżkę ze szlaku. Im bliżej szczytu Śnieżnika wchodzimy w zupełnie inny, biały świat. Mgła coraz bardziej ogranicza widoczność. Rośliny pokryte są warstwą śniegu. Zjawisko to robi na mnie niesamowite wrażenie. Idąc szukam śnieżnickiego słonia. Niestety nie znalazłem. Słoniowa zagadka pozostaje nierozwikłana, aż do ponownego przyjazdu w te okolice.

Po niedługim i przyjemnym podejściu osiągamy szczyt Śnieżnika. Wykonujemy pamiątkową wspólną fotografię. Widoczność praktycznie zerowa. Po paru krokach dalej zdobywamy Śnieżnik ponownie, teraz już właściwy, o czym świadczą oznaczenia. Poprzedni to była nasza pomyłka…

Odśnieżamy niektóre drogowskazy, czym prędzej ruszamy na dół do schroniska na śniadanie. Niestety zamglony, biały świat kończy się wraz ze spadkiem wysokości. W końcu naszym oczom ukazuje się budynek schroniska. Zajmujemy miejsca w całkiem klimatycznej stołówce. Zamawiamy po żurku i gofrze. Niby w schroniskach wszystko z założenia smakuje dobrze, tutaj smak żurku był wyjątkowy, zdecydowanie polecam! Obsługa również zasługuje na dużego plusa. Dostajemy wrzątek mimo, iż godziny jego darmowego wydawania zostały już przez nas przekroczone. Zasięgamy jeszcze informacji o rozkładzie PKSów z Międzygórza i niestety opuszczamy to dosyć przyjemne miejsce. Z każdym krokiem żegnamy się z Masywem Śnieżnika, który i tak niewidoczny pozostaje w oddali…

P1050046.JPG P1050047.JPG P1050062.JPG P1050065.JPG P1050066.JPG

W drodze na przystanek zatrzymuje się jeszcze na chwilę przy ogrodzie bajek. Plus za pomysłowość dla gospodarzy.

P1050070.JPG P1050072.JPG P1050076.JPG P1050082.JPG

Widok Sudetów oddala się w oknach powoli snującego się szosą autobusu. Bardzo cieszę się, ze znalazłem zakątek Polski, gdzie można w spokoju wędrować pomiędzy wspaniałymi widokami…

2 przemyślenia nt. „Masyw Śnieżnika 2009

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *