Procesja BC 2009 w Tatrach Zachodnich

Podaj dalej...Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Kilka dni wolnego przy okazji Uroczystości Bożego Ciała, która wypadła w tym roku w połowie czerwca, było dobrą okazją do ostatniego sprawdzenia ludzi i sprzętu przed planowaną na lato wyprawą w Gorgany. Plan był prosty – rozpocząć wejściem na Grzesia w Tatrach Zachodnich i kontynuować marsz na wschód dopóki starczy nam sił i czasu. Pogoda miała jednak inny plan i pod Trzydniowiańskim Wierchem postanowiła nam jeszcze pokazać swoje zimowe oblicze.

  • dzień 0 (10 czerwca 2009)

Po 60 dniach odpoczynku od gór nadszedł dzień kolejnego wyjazdu, a właściwie noc. Spakowany w nowy plecaczek wyruszam na dworzec PKS. Właśnie autobusem zdecydowaliśmy się jechać do Zakopanego, co okazało się nie do końca wspaniałym pomysłem. Po drodze zachodzę do PiP uzupełnić zapasy węglowodanów i kiełbachy. Trochę trudności sprawiało mi przeciskanie się z plecakiem przez tłumy kupujących. Docieram w końcu na dworzec autobusowy. Tam dość spore kolejki na stanowiskach i już przeczuwam zbliżające się problemiki. Reasumując nie zmieściłem się do autobusu, pobiegłem na PKP na pociąg do Krakowa… Towarzysz podróży – Włodek również nie zmieścił się do autobusu w Toruniu, na szczęście miał kolejny za 2 godziny, który już go przyjął. Przerywamy łączność, kolejny kontakt po dotarciu do Zakopanego.

  • dzień 1 (11 czerwca 2009)

Po przesiadce w Krakowie do autobusu około 8.30 ląduję w Zakopanem. Czekam na Włodka, bo się później okazało, że kierowca jego PKSa zabłądził w Krakowie. Po parunastu minutach mkniemy już w komplecie zapchanym busem do Doliny Chochołowskiej. Kupujemy bilety i podążamy razem z tłumem turystów przez malowniczą Chocho. Słońce zachęca do wędrówki i napawa optymizmem na resztę dnia. Przed godziną 13 docieramy do kapliczki św. Jana Chrzciciela, oczekujemy na świątecznę mszę niestety ksiądz nie dociera. Schodzimy do schroniska, w towarzystwie wesołej ekipy z wycieczki zakładowej i kropli deszczu konsumujemy tuńczyka z kuskusem.

DSC00208.JPGDSC00210.JPGP1030081.JPG

Bardzo powoli się rozpogadza, pakujemy plecaki i ruszamy żółtym szlakiem na Grzesia. Co chwila wyprzedamy się, to jesteśmy wyprzedzani przez dość sporą ekipę, chyba jakaś rodzinka. Kończą swoją przygodę z Grzesiem, pod Grzesiem na przełęczy małym opalankiem. Dostrzegamy, że każda z posiadanych przez nas map ma słabe odzwierciedlenie w szlakach własnie w rejonie Przełęczy pod Bobrowcem. Wreszcie włazimy na Grzesia, na którego zdobycie czekałem od zimy kiedy to w potężnej śnieżycy doszliśmy tylko do schroniska w Chocho. Pogoda dopisuje, piękne widoki na wszystkie strony świata.

P1030083.JPGP1030108.JPGP1030121.JPG

Ruszamy Długim Upłazem na Rakoń. Nieprzespana noc daje się we znaki, nogi coraz ciężej niosą do góry. Zdobywamy Rakoń i jest to ostatni szczyt tego dnia. Późna pora i padający deszcz zmuszają nas do zejścia zielonym szlakiem spod Wołowca do schroniska. Podczas deszczu problemy z kurtką opisane wcześniej się powtarzają. Po kilkudziesięciu minutach marszu w deszczu kurtka wykazuje się praktycznie brakiem wodoodporności na rękawach, całe szczęście, że kaptur twardo stawiał czoło padającej na niego wodzie. Po dwóch godzinach w deszczu docieramy do schroniska, w którego recepcji kończymy dzień miłym akcentem. Udało się załatwić miejsca w pokoju mimo „braku miejsc” dzięki uprzejmości koleżanki Ewy, która nas przygarnęła. Ewę oczywiście serdecznie pozdrawiamy!

P1030148.JPGDSC05651.JPG

  • dzień 2 (12 czerwca 2009)

Pobudka o 7.30. Niestety za oknem szaro, buro i ponuro. Niebo całkowicie przykryte chmurami, jednym słowem „krajowy deszcz”. Jemy śniadanie w stołówce, która powoli napełnia się turystami, tymi którzy jeszcze nie wyszli i tymi, którzy już przyszli. Z racji nieciekawej pogody wszyscy wyczekują jej poprawy i napełniają stołówkę i wszelkie kąty schroniska, gdzie da sie usiąść. O 9.00 jesteśmy w pełnej gotowości do wyjścia, ciągle pada. Czekamy. Wyruszamy przed 12 nie zważając na deszcze. Przecież nie można całego dnia przesiedzieć w schronisku. Cel: schronisko na Hali Ornak. Z Polany Chochołowskiej kierujemy się czerwonym szlakiem w kierunku Trzydniowiańskiego Wierchu przez Jarząbcze Szałasiska. Znajdujemy kolejne nieścisłości mapy i terenu w przebiegu żółtego szlaku papieskiego (Mapa ExpressMap – Tatry Zachodnie). W rejonie szałasisk zdecydowanie poprawia się pogoda, przestaje padać, wychodzi słońce zza chmur. Z jeszcze większym zapałem maszerujemy dość żmudnym podejściem by nadrobić stracony w schronisku czas. Zza chmur wyłaniają się szczyty pokryte świeżym śniegiem.

P1030164.JPGP1030185.JPGP1030181.JPG

Koniec podejścia pod Trzydniowiański Wierch, dochodzimy do rozwidlenia szlaków i obchodzimy szczyt skrótem. Na grani coraz mocniej wieje, ale pogoda nie daje nam znaków, że zamierza się zmienić. Zatrzymujemy się na obiadowy popas na Dudowej Przełęczy w pobliżu fajnego płata śniegu. Miłe widoki i nawet mało wieje. Na obiad znowu kuskus z tuńczykiem, ale tym razem z kukurydzą. Temperatura spadła i dzięki temu, że obiad podgrzewaliśmy na gazie można powiedzieć, że… był chłodny (chłodny to dużo cieplej niż zimny ale na pewno nie ciepły).

P1030192.JPGP1030203-1.JPGP1030210.JPG

Nie zdążyliśmy nawet zjeść w spokoju obiadu i usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Widzimy, że turyści podchodzący pod Kończysty Wierch w popłochu schodzą na dół. Starszy turysta, który nas mijaj ostrzegał, że wiele lat po Tatrach chodził, a tak złych warunków jeszcze nie widział. Kończymy zatem jeść kaszę, zakładamy rękawice i czapki i też schodzimy na dół. Wieje coraz mocniejszy wiatr, spada widoczość, okolica zamienia się w śnieżną krainę. Te kilkadziesiąt minut okazuje się potem najciekawszym punktem wyprawy. Zdjęć niestety nie ma, bo walczyliśmy żeby się utrzymać na szlaku. Po drodze postanawiamy jednak zdobyć Trzydniowiański i zejść na dół zielonym szlakiem, by nie wracać tą samą drogą. Krowim Żlebem schodzimy do Doliny Chochołowskiej. W schronisku miła pani recepcjonistka przyjmuje nas na nocleg na miłą podłogę. Okazało się, że nasza koleżanka Ewa opuściła pokoik i ktoś nam go zajął. Udajemy się do schroniskowej świetlicy i zajmujemy jedno z ostatnich miejsc na podłodze. Niestety ciszę nocną zakłócają pseudoturyści (markowy sprzęt, ale bez zrozumienia czym jest schronisko). Nie pozdrawiamy ich rzecz jasna. Zdaje się, że nigdzie nie wyszli w dzień i mają wiele sił by przeszkadzać innym zmęczonym. Nie wiem czy przestali w końcu gadać, czy po prostu mimo to zasnąłem…

  • dzień 3 (13 czerwca 2009)

Ostatni dzień w Tatrach. Brakuje nam pomysłów i wariantów na teń dzień. Nie doszliśmy we wcześniejszych dniach do innego schroniska, a dzisiaj już by zabrakło czasu na nocowanie. Wciągamy jajecznicę i znanym nam z zimy szlakiem przez Iwaniacką Przełęcz ruszamy do schroniska na Hali Ornak. Po drodze spotykamy spacerowiczów, którzy spać nam nie dawali w nocy. Dochodzimy do schroniska. Chyba wszyscy turyści zebrali się akurat na Hali Ornak. Padający deszcz nie pozwalał siedzieć na dworze więc większość cisnęła się w pękającej w szwach głównej sali schroniska. Schodzimy Doliną Kościeliską do Kirów, busem do Zakopanego, Szwagropolem do Krakowa, a z Krakowa już pociągiem do Poznania (ja), a Włodek dalej do Inowrocławia.

Koniec relacji, następna wyprawa w sierpniu w Gorgany na Ukrainie.

 

wędrówka w Tatrach Zachodnich z przyjacielem ^drapichrust.em w ramach
fot. Włodzimierz Kozłowski
fot. Wojciech Smolak

 

2 przemyślenia nt. „Procesja BC 2009 w Tatrach Zachodnich

  • Czy Chocho można przeczytać „z francuska”? To dodałoby nieco smaku waszej wyprawie;) Hmmmm nurtuje mnie ta Ewa… Który z szanownych uczestników wpadł jej w oko??

  • Fajna wycieczka, też planuję w przyszłym roku przejść jak największą część Tatr Zachodnich. Ale tym razem zacznę od okolic Starorobociańskiego, myślę też o całych Czerwonych Wierchach oraz Błyszczu i Bystrej na Słowacji. Mam tylko nadzieję, że pogoda dopisze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *